Z Polski do Danii

Bogusława Sochańska jest tłumaczką, autorką esejów poświęconych literaturze i kulturze Danii. Studiowała filologię duńską, w latach 1980-1995 wykładała w Katedrze Skandynawistyki UAM m.in. historię literatury duńskiej i translatologię. Była attaché ds. kultury w ambasadzie RP w Kopenhadze oraz dyrektorką Duńskiego Instytutu Kultury w Warszawie.

Foto: Anna Rezulak

Jest autorką pierwszego przekładu z języka duńskiego wszystkich baśni i opowieści Hansa Christiana Andersena (2006). W 2015 r. nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia za przekład dzienników Andersena w jej wyborze i opracowaniu, w 2016 r. do Nagrody Europejski Poeta Wolności jako tłumaczka tomu wierszy Yahyi Hassana. Wprowadziła do kultury polskiej twórczość Inger Christensen oraz Janiny Katz (4 powieści, wybór wierszy), tłumaczyła m.in. utwory Astrid Saalbach, Susanne Brøgger, Line Knutzon, Stiga Dalagera, Knuda Romera, Pieta Heina, Mikkela Birkegaarda, Anny Elisabeth Jessen, Nanny Foss. Ponadto w periodykach i antologiach oraz publikacjach internetowych ukazały się wiersze Henrika Nordbrandta, Marianne Larsen, Petera Laugesena, Grzegorza Wróblewskiego, Louise Rosengreen, Pii Juul, Pii Tafdrup, Thomasa Boberga, Michaela Strungego, Julie Sten Knudsen.

Bogusława Sochańska jest laureatką duńskich nagród imienia Hansa Christiana Andersena (2007 i 2018) oraz państwowej Duńskiej Nagrody dla Tłumacza Literackiego 2014. W 2019 otrzymała Nagrodę Literacką GDYNIA za przekład poematu konceptualnego Inger Christensen alfabet, w 2020 Nagrodę literacką Stowarzyszenia Autorów ZAiKS za całokształt twórczości przekładowej.

Na najnowszą książkę Bogusławy Sochańskiej „Z Polski do Danii. Wspomnienia emigrantów marcowych” składają się wspomnienia piętnastu osób, które wypędzono z Polski lub które wyemigrowały wskutek nagonki na Żydów 1968 roku. Jej bohaterowie opowiadają o okolicznościach wyjazdu i zapuszczaniu korzeni w Danii. W różnych odsłonach powraca też temat ewolucji tożsamości oraz psychicznych skutków przymusowej emigracji. Swoimi doświadczeniami podzielili się: Jerry Bergman – fotografik, Lea Boruszek – artystka plastyk, Marek Chrapot – przewodniczący Związku Żydów z Polski, Alicja Fenigsen – artystka plastyk i pisarka, Eva Maria Jensen – muzykolożka i organistka, Adam Koński – ekonomista, Ryszard Lipski – przedsiębiorca, Olga Magieres – pianistka, Alena Marchwiński – historyczka sztuki, Władysław Marchwiński – skrzypek, Józef Parnas – profesor psychiatrii, Lew Pilpel – psychoterapeuta, Ignacy Szymchowicz – inżynier, przedsiębiorca, Jan de Tusch-Lec – architekt, Emilia Wędrowska – właścicielka galerii sztuki. Wspomnienia poprzedzają wstępy prof. Dariusza Stoli i Bogusławy Sochańskiej.

***

Poniżej zamieszczam fragmenty niektórych wywiadów, które – mam nadzieję – zachęcą czytelników do zapoznania się z całością. Wszyscy wyżej wymienieni to osoby znane i cenione w Danii, zarówno przez Duńczyków jak i przez zamieszkujących tu Polaków.

Marek Chrapot - Polska była naszym domem

foto: Kamila Bogulewska, projekt “Człowiek za burtą”

…Od tego czasu byłem w Łodzi tylko dwa razy. Pojechaliśmy tam w 1981 roku z dwuletnią Leą, rozniosła pani Olesiowej cały dom! Ale przedtem byłem tam jeszcze przed zmianą systemu z Mirkiem, mężem siostry mojej żony, Tamary. Mirek nie był Żydem, mieszkali z Nataszą we Wrocławiu, ale pochodzili z Łodzi, gdzie Mirek miał jeszcze brata, znanego neurochirurga. Więc w rodzinnie wszyscy byliśmy związani z Łodzią, również Tamarka. Jej mama przyjechała do nas do Danii, ale postanowiła wrócić ze względów rodzinnych. Więc wybraliśmy się z Mirkiem do miejsca mojego urodzenia, na ulicę Kamienną, moją ulicę, wtedy Włókienniczą, o której tak pięknie pisała Osiecka. Zapukałem do drzwi jednego z naszych dawnych sąsiadów, pana Stachowiaka, i umówiliśmy się na dłuższe spotkanie nazajutrz. Następnego dnia wchodzimy do jego mieszkania, na środku pokoju stoi zastawiony wielki stół – a wszystko było wtedy na kartki! – i przychodzą ludzie z całego podwórka, „podwyrka”, jak się kiedyś mówiło, i każdy co tam w domu ma, przynosi i stawia na stole. Mirek strasznie się zdziwił, a wtedy oni jeden przez drugiego zaczęli wspominać i opowiadać, że przecież jestem jak ich dziecko, że byłem niezłym łobuzem – „obuzem” – że szyby piłką wybijałem, ile rzeczy naopowiadali, śmiechu i wzruszeń było co niemiara. Oni byli nawet obecni przy moim obrzezaniu!…

…I zdarzają się też sytuacje zabawne. Czekam przed powrotem do Danii w sklepie mięsnym, chcę jak zawsze kupić dobre dziesięć kilogramów smakołyków, myśliwskiej, krakowskiej, kabanosów, które uwielbia mój wnuk, czarnego salcesonu z wątróbką, przysmaku Lei – przywożę zwykle do Danii pełną lodówkę turystyczną – i widzę na ladzie „Schab po żydowsku”. Nadchodzi moja kolej i mówię z uśmiechem: „Proszę pani, nie ma czegoś takiego jak schab po żydowsku”. „A co, pan jest rzeźnikiem?” „Nie, jestem Żydem”. W sklepie zapada cisza, jakby wszystkich zamurowało, patrzą się na mnie z góry na dół, a ja obracam się dokoła i mówię ze śmiechem: „O, tak wygląda Żyd!”. Schab po żydowsku! I o czym to świadczy? Chyba o atrakcyjności kultury żydowskiej w Polsce?…

Eva Maria Jensen - Po drugiej stronie lustra

…Nawet nasze pierwsze kroki na duńskiej ziemi były głęboko symboliczne. Od momentu, gdy stanęliśmy w hali lotniska i otoczyła nas wspaniała cisza (Dania pierwszego okresu to był dla mnie przede wszystkim kraj ciszy), a ludzie wokół mówili językiem, który brzmiał jak potoczek w lesie wczesną wiosną, wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu. Najpierw dostaliśmy bilety na autobus i instrukcję, że na dworcu głównym w Kopenhadze mamy się zgłosić do pierwszego policjanta, którego spotkamy. I – już na miejscu – chwilę po wyjściu z autobusu siedzieliśmy w aucie policyjnym z dwoma młodymi chłopcami w mundurach i ruszyliśmy w bardzo krótką podróż: na skibet, gdzie mieliśmy mieszkać. Ale zanim dojechaliśmy, musieliśmy się zatrzymać na światłach i wtedy przed nosem przejechała nam prawdziwa pozłacana kareta zaprzężona w konie, jeden z policjantów odwrócił się i zaszemrał: It is our king, po czym uśmiechnął się i dodał: It is your king, too. Nie zdziwiła mnie ani kareta, ani wypowiedź policjanta. Wylądowaliśmy w krainie baśni, w krainie Andersena, którego książki czytałam tak często, że zaczęły się rozlatywać. No ale i tak zostały w Krakowie, czyli nigdzie…

… Po pobycie na Møn zostaliśmy wysłani do duńskiego uniwersytetu ludowego [folkehøjskole] w Askov. O ile obóz dla uchodźców to było „nasze małe piekiełko”, o tyle Askov stał się „czyśćcem”. To tu zdałam sobie sprawę z tego, co jest ważne, a co nie. Ważne było być pozytywnym i otwartym, ale nie do końca. Bo np. nie można było być otwartym co do przyczyn wyjazdu z Polski. Wszyscy Duńczycy, kogokolwiek byśmy spotkali na swej drodze, byli zgodnie lewicujący, antyamerykańscy i przychylnie nastawieni do socjalizmu krajów „za kurtyną”. Nie mogliśmy liczyć na sympatię, występując jako uciekinierzy z tego „raju”, o którym z entuzjazmem wypowiadali się młodzi Duńczycy. Wiadomości o „raju” czerpali z lewicowej prasy i z bardzo pozytywnych wrażeń, jakie odnieśli podczas krótkich wycieczek „za kurtynę”. W tym środowisku nie można było być uciekinierem z socjalistycznego kraju. Uciekinierzy to byli np. Chilijczycy (najczęściej komunizujący) lub Amerykanie uchylający się od służby wojskowej, a tym samym od wojny w Wietnamie. Bardzo szybko zaczęliśmy odpowiadać na pytania dotyczące naszej odysei w sposób niejednoznaczny: „To skomplikowana historia”, „To dłuższa opowieść” (na dłuższą opowieść żaden Duńczyk nie ma ochoty), „Z powodów osobistych” (dyskrecja nie pozwalała dopytywać). Dalsza wiedza zdobyta w czasie pobytu w „czyśćcu” dotyczyła tego, że nie należy się niczym chwalić. Że osiągnięcia, jakie bądź co bądź mieliśmy na swoim koncie (mój mąż był filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim, ja zawodowym muzykiem o gruntownym wykształceniu, miałam za sobą cztery lata studiów na dwóch fakultetach), zupełnie nic nie znaczą i że w Danii panuje dziwaczne dla przybysza z Polski równanie w dół. Kraj, z którego przybyliśmy, jego kultura i historia nie były niczym specjalnie interesującym. W „czyśćcu” nauczyłam się, że to, co wiem, to wiem, i że teraz startuję na nowo w miejscu, o którym bardzo wielu rzeczy nie wiem…

… Nikt nie chce patrzeć na moje dwa indeksy potwierdzone pieczęciami dwóch ministerstw i przetłumaczone na angielski – no to należy schować je do szuflady i zapomnieć, co w nich było. Mam zdawać egzamin wstępny z czegoś, w czym byłam już wykształcona, i to na wysokim poziomie – no to zdam bez problemów. Mam zacząć studia muzykologiczne od zera, no to muszę pokazać, że zrobię to szybciej i lepiej niż moi koledzy. Zdawałam egzaminy w błyskawicznym tempie, łącznie z trzema poziomami łaciny, która nagle okazała się niezbędna w studiach magisterskich, by rok później już nie obowiązywać – no to nauczę się łaciny przy okazji, nawet jeżeli była to nauka ignotum per ignotum (bo musiałam tłumaczyć teksty o wojnach antycznych na język, którego jeszcze nie znałam, i ucząc się słówek, które do niczego mi się nie mogły na co dzień przydać). Przyjmowałam wszystko z dobrą miną – po raz kolejny zdawałam egzamin z pisania bachowskiej fugi, nauczyciela gry na fortepianie uczyłam interpretacji mazurków Chopina, a w kształceniu słuchu byłam tak dobra, że po dwóch latach zaproponowano mi asystenturę, mimo że ciągle jeszcze daleko mi było do dyplomu. Szybko się okazywało, że pewne dyscypliny, skądinąd wydawałoby się międzynarodowe, są jednak inne z polskiego i duńskiego punktu widzenia. Dotyczyło to np. historii muzyki, tu uświadomiłam sobie ogromne luki w mojej wiedzy wywiezionej z Polski. Teraz poznawałam zupełnie inne aspekty historii muzyki, ucząc się z angielskiego podręcznika i przekazując swą wiedzę po duńsku. W cztery lata od rozpoczęcia studiów zdałam z wyróżnieniem egzaminy z historii muzyki (ustny i pisemny), w pięć lat od przybycia do Danii oddałam pracę końcową o Pojęciu czasu w nowoczesnej estetyce muzycznej, liczącą ponad trzysta stron maszynopisu. Imponujące – ale był to rezultat ogromnego samozaparcia i woli przebicia się przez piętrzące się trudności. Kiedyś wyliczyłam, że każdą stronę mojej pracy pisałam pięć razy. Miałam bowiem „najętych” pomocników, którzy poprawiali mój duński, zanim cokolwiek mogłam pokazać bardzo pedantycznemu profesorowi. Po spotkaniu z nim poprawiałam kolejny raz, a na samym końcu ponownie. A było to przed epoką komputerową, ba, nawet przed czasem, kiedy pojawiła się elektryczna maszyna do pisania i można było na niej co nieco poprawiać…

… Wspomniałam już, że szybko zrozumiałam, że to, co wiem, to, co przywiozłam z Polski (a nie były to dobra materialne, bo przyjechałam z jedną walizką), nikogo w Danii nie interesuje. Gdzieś to jednak we mnie tkwiło. Świadomość bycia emigrantem. Zorientowałam się, że nigdy nie była mi ona obca. Emigrantami byli Chopin, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, emigrantem był ulubiony przeze mnie Józef Conrad (na dodatek przykład do naśladowania: pisał po angielsku), Witold Gombrowicz i tak wiele indywidualności znanych z publikacji „Kultury”. Zostając emigrantem, miało się wrażenie wstąpienia w długą procesję polskich intelektualistów dumających „na paryskim (czy innym) bruku”. Od pierwszego momentu zdecydowałam, że „dumać” nie będę i że żadnej nostalgii nie będę w sobie hodować. I ja, i oni – te dostojne ogniwa emigracyjnego pochodu – wyjechaliśmy z Polski na zawsze. Zostawiliśmy za sobą obcy nam reżim. Gotowy więzić i prześladować. Ale było jednak inaczej. Emigracja została zaszczepiona w mojej jaźni w sposób sztuczny. Bo opuściłam nie tylko kraj urodzenia, lecz także wszystko, w czym wyrosłam. W miesiącach poprzedzających wyjazd stałam się nagle wrogiem. Koledzy ze studiów przechodzili na drugą stronę ulicy, by uniknąć spotkania ze mną. Nie było nikogo, komu mogłabym opowiedzieć, że pan z bezpieki nazwał mnie „żmiją na zdrowej piersi ojczyzny” (skąd taka poetyczność wypowiedzi?), że po przymusowym wyjeździe rodziców, którzy musieli opuścić kraj w ciągu dwóch tygodni, została mi w piersiach tak głęboka rana, że nie bardzo wiedziałam, jak z nią dalej będę żyć, że odmawiają mi możliwości wyjazdu, bo partyjny teść zrobił na nas donos, że utrzymuje nas ciocia mojej mamy, która kiedyś miała sklepik i uskładała trochę pieniędzy na czarną godzinę…

Adam Koński - Tolerancja

Gdy starszy syn, Jonas, się żenił, moja przyrodnia siostra dramatyzowała: „Jak to możliwe, że on się żeni z Niemką?” A ja na to: „To jego sprawa, ja mam Dunkę, on ma Niemkę”. Na weselu jest tradycja, że ojciec pana młodego wygłasza mowę, więc wstałem i powiedziałem, że bardzo się cieszę, że moja synowa jest Niemką. Inne narodowości nigdy nie stanowiły dla mnie problemu; przeciwnie, wiem, że mieszając się, stajemy się bardziej tolerancyjni. Pewien mój znajomy zawsze był krytyczny wobec Żydów, ale ni stąd, ni zowąd dowiedział się, że jest częściowo pochodzenia żydowskiego i nagle jego stosunek się zmienił. Gdy czasami analizuję swoje życie, to widzę, że wszystko, co robiłem, robiłem z własnej woli i inicjatywy. Nie boję się przyznać do własnych przekonań, zawsze miałem odwagę wstać i wyjść, jeśli mi się coś nie podobało, nigdy nie kierowałem się tym, czy coś wypada robić. Moja mama była naprawdę głęboko wierząca – nie była dewotką – przed jedzeniem zawsze wstawała i się żegnała, i to również wtedy, gdy jedliśmy w żydowskiej restauracji w Warszawie. Ojciec jej w tym nigdy nie przeszkadzał. Nauczyła mnie odwagi bycia sobą. Każde z rodziców jednoznacznie wyrażało swoją tożsamość i żyli ze sobą szczęśliwie. Ojciec jeden jedyny raz był w kościele, bo mama ubolewała, że nie mieli ślubu kościelnego, więc poszedł do kościoła i dostali w zakrystii błogosławieństwo. Ojciec nie krytykował ani jej, ani nikogo innego. Nigdy nie powiedział złego słowa o Niemcach, a przecież stracił w czasie wojny rodzinę, zginęło całe jego rodzeństwo, siedmiu braci i siostra. I ja przejąłem po nim to podejście: jeśli spotkam Palestyńczyka i okazuje się, że to dobry człowiek, nie mam nic przeciwko niemu. Chodzę na marsze równości, mam znajomych, których dzieci są nieheteroseksualne, nigdy nie miałem z tym problemu, bo niby czemu? Tu w sąsiedztwie mieszkają dwie fantastyczne dziewczyny, lesbijki, i mają adoptowane niepełnosprawne dziecko – i co, ja mam je potępiać?…

… Gdy przyjechałem do Danii, byłem polskim katolikiem, taka była moja tożsamość. Teraz jest bardziej skomplikowana i bogatsza. Czuję się Duńczykiem, ale gdy ktoś tutaj, w Danii, lub za granicą zapyta mnie, kim jestem, to mówię, że jestem Polakiem. Nie Żydem, tylko Polakiem, bo żydostwo wiąże się z wyznaniem, nie z narodowością. Ale mawiam też, że jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia. I po pięćdziesięciu latach nadal obchodzi mnie to, co się dzieje w kraju. Gdy teraz w mediach pojawia się coś o sytuacji politycznej w Polsce i sąsiad mnie o to zagadnie, to się wstydzę. Więc czuję się Duńczykiem. I Polakiem. I Żydem. Może nawet Duńczykiem polskiego pochodzenia, tu nikt mnie o to nie pyta, nikogo to nie interesuje. Tu panuje tolerancja, człowieka ceni się za to, kim jest jako człowiek….

… I nagle, jakieś dziesięć lat temu – zbliżałem się już do sześćdziesiątki – coś się stało. Kocham muzykę, zawsze lubiłem chodzić na koncerty. Kiedyś Eva Maria Jensen zorganizowała w kościele duńskim, w którym jest organistką, koncert muzyki klezmerskiej. Słucham tej muzyki, słucham i nagle czuję, że lecą mi łzy. I pytam sam siebie: „Co się dzieje? O co chodzi? Dlaczego?”. Przecież ojciec nigdy mnie nie kształtował na Żyda, był zasymilowany, był po prostu zwykłym Polakiem żydowskiego pochodzenia. A potem oglądałem w teatrze spektakl o żydowskiej rodzinie i powoli zacząłem czuć się z tym dobrze. Do tego momentu miałem niewiele związków z tutejszym duńsko-polsko-żydowskim środowiskiem. Czas zajmowało mi wychowywanie dzieci, była praca, poza tym żona nie mówi po polsku, a nie chciałem chodzić bez niej. Ale wtedy zacząłem bywać na różnych spotkaniach, seminariach, dyskusjach i na sylwestrach organizowanych przez Coordination Commitee. I choć na początku znałem tam może pięć osób, to czułem się świetnie, bo ci wszyscy ludzie mieli te same bolączki co ja: tęsknotę emigracyjną, problemy związane z integracją, asymilacją. I zacząłem odczuwać wspólnotę z nimi. Nie znałem ich jeszcze wtedy indywidualnie, ale czułem się wśród nich dobrze. W środowisku duńskim zresztą też. Gdy bywam tu na przyjęciach rodzinnych – moja żona ma siedem sióstr, co jest rzeczą nietypową wśród Duńczyków – czuję się fantastycznie, cała rodzina przyjęła mnie bardzo dobrze…

… Tęskniłem w tym czasie okropnie. Tamta tęsknota to nie była tęsknota dzisiejszych emigrantów, bo wtedy Polska była niedostępna, świat był zamknięty, nie mogłem pojechać i spędzić świąt z rodzicami. W Wigilię dzwoniłem do nich z rodzinnego domu mojej wówczas jeszcze dziewczyny. Trzeba było zamawiać tę rozmowę, czekać… A potem odchodziłem od stołu i płakałem na podwórku. Bo w domu, w Polsce, panowała ta szczególna atmosfera. Ojciec stroił choinkę, to była jedyna rzecz, jaką robił w związku z katolickimi świętami religijnymi… I dopiero gdy nadchodził Nowy Rok, czułem się lepiej. Ta trauma przeszła mi, dopiero gdy umarła mama, a dożyła dziewięćdziesiątki. Ojciec umarł nagłe na zawał w 1977 roku. I wtedy pierwszy raz wpuścili mnie do Polski. Było to zarazem fantastyczne i straszne. Fantastyczne – bo po pierwszym okresie zachwytu zaczęła mi w Danii doskwierać tęsknota. Kochałem Polskę i nie czułem się wygnany, dzieciństwo miałem piękne, niczego mi nie brakowało, chociaż rodzice mnie nie rozpieszczali. A straszne – bo PRL był straszny. Brud, smród i ubóstwo, to uderzyło mnie od razu. Ta mieszanka uczuć i odczuć pozostała we mnie do pewnego stopnia do dziś. Kocham Polskę, te piękne krajobrazy! Latem ojciec zamykał warsztat na miesiąc i jechaliśmy do Juraty albo do Szczawnicy, w Pieninach byłem zakochany! Gdy po zmianie systemu, czyli dwadzieścia lat po moim wyjeździe, mogliśmy już podróżować do Polski, jeździliśmy tam co roku, zabierałem żonę i dzieci i pokazywałem im różne części kraju. No i jeszcze jedno – móc iść do księgarni w Polsce, to było coś! Żona zawsze mówiła: „Znowu przepadł w księgarni!”…

Ignacy Szymchowicz - Po obu stronach granicy

…Przyjechaliśmy z ojcem oraz siostrą i jej mężem do Danii po tym, jak ojca wyrzucili z partii i dawali do zrozumienia, że lepiej będzie, jeśli wyjedzie. No i po dwudziestu czterech latach przepracowanych w Pafawagu (Państwowej Fabryce Wagonów) postanowił wyjechać. Był zwykłym robotnikiem, elektrykiem. Pamiętam, że gdy go wyrzucili z partii, w lokalnej gazecie ukazał się tekst pt. Dla takich ludzi nie ma miejsca w naszej partii, w którym napisali, że jednego syna już wysłał do Izraela, a teraz kształci córkę na lekarza, żeby i ona tam pojechała…

… W 1991 roku, gdy zacząłem jeździć do Polski, uświadomiłem sobie kiedyś w drodze ze Świnoujścia do Warszawy, że zapomniałem kupić na promie jakiś drobiazg dla moich gospodarzy. W okolicach Łowicza przy drodze stali ludzie, którzy sprzedawali płody rolne, i pomyślałem, że wobec tego kupię przynajmniej owoce. Zatrzymałem się w zatoczce autobusowej, gdzie stał pan ze swoimi towarami. Przyjemnie pogawędziliśmy i zapytałem, czy ma też ogórki kiszone – za ogórkami kiszonymi w Danii bardzo tęskniliśmy – i umówiliśmy się, że wracając z Warszawy, wpadnę do jego domu, niedaleko od szosy. Gdy w drodze powrotnej zapukałem do drzwi, otworzyła mi młoda kobieta, ojca nie było w domu. Okazało się, że ogórków nie dostanę, bo dla kilku słoików nie będzie otwierała całej beczki, za to mogę dostać pomidory z pola. Widok tej szczupłej, zgrabnej dziewczyny w brązowych spodenkach biegającej od krzaczka do krzaczka został mi w oczach na całe życie. Na naszym party weselnym w Kopenhadze moja siostra odczytała wierszyk, który napisała na tę okazję, było w nim zdanie: „Wstąpił po ogórki, a skorzystał z córki”. Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem już dwadzieścia pięć łat. Moja żona pochodzi z religijnego, katolickiego domu i do dziś jest praktykującą katoliczką. Gdy jej zakomunikowałem, że jestem Żydem, spytała: „No to co?”. Była świeżo po studiach w Poznaniu, miała trzydzieści dwa lata. O tym, czym był antysemityzm, dowiedziała się dopiero tu, w Danii. Jej rodzina jest zupełnie pozbawiona wszelkich uprzedzeń narodowościowych czy religijnych. Żydzi, wydaje mi się, to była dla nich raczej abstrakcja, znali Jankiela z Pana Tadeusza

* * *

Większość z interlokutorów Bogusławy Sochańskiej to moi przyjaciele oraz bliżsi lub dalsi znajomi. Mogę potwierdzić całkowitą szczerość ich wypowiedzi. Mimo, że znam ich od lat, wiele nowego się z tych wywiadów dowiedziałem.

Roman Śmigielski

Bogusława Sochańska „Z Polski do Danii. Wspomnienia emigrantów marcowych”, oprawa twarda, 295 stron, Wydawnictwo Driada, Luboń 2022.

Książkę zamówić można w księgarni Driada, tel. +48 572 754 467, e-mail ksiegarnia@driada.pl

Udostępnij artykuł:

Facebook
Twitter

Warto przeczytać

For 550 år siden fødtes Nikolaus Kopernikus

Nikolaus Kopernikus (Mikołaj Kopernik – polsk, Nicolaus Copernicus – latin), født 19. februar 1473, Toruń, Polen, død 24. maj 1543, Frombork, Polen. Maleriet fra 1872 af Jan Matejko forestiller Nikolaus Kopernikus. Billedet hedder “Kopernikus Astronom eller Samtale med Gud”.

31. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Kopenhadze

Znacie Jerzego Owsiaka? Znacie. Jest postacią, czy sam wie, czy tego nie wie, czy chce, czy tego nie chce, chrześcijańską (myślę, że nie musi wiedzieć, a nawet nie musi chcieć). Bo chrześcijaństwo to jest dzielenie się z tymi, którzy potrzebują. Owsiak, bez wzniosłej demagogii, upomina się właśnie o nich.
(Ks. Adam Boniecki, Tygodnik Powszechny)

130 lat emigracji polskiej w Danii

W 2023 roku mija 130 lat od przyjazdu z Galicji na duńskie wyspy Lolland i Falster pierwszych polskich pracowników sezonowych – głównie młodych dziewcząt. Miało to miejsce 18 kwietnia 1893 roku.