Wolność po polsku: Leopold Tyrmand

Można go spotykać tam, gdzie światło jest skąpe, a dźwięki są bardzo nieprzejednane i otwarcie wyraźne. Wśród grup intelektualnej młodzieży, gdzie jazz jest tą muzyką, która łączy uczucia i mniej spina twarze. Gdzie twarze, które są uparcie ukryte za przeciwsłonecznymi okularami i źle rozumianą nowoczesnością, stają się żywe, piękne. A wola zyskuje głos - i elastyczność.

Leopold Tyrmand również wygląda jak maska z okularami przeciw-słonecznymi. Szczupła, raczej niewysoka sylwetka, ale dobrze ubrana, elegancka. Porusza się szybkim krokiem, dzięki czemu zawsze ma się poczucie. że jest na dobrej drodze do czegoś – czegoś znaczącego, czegoś, co tylko on może dokonać. To samo wrażenie odnosi się, gdy się z nim rozmawia. Ma mało czasu, i wie co z nim zrobić. Nigdy nie posługuje się banalnymi zwrotami grzecznościowymi – on coś przekazuje, on coś mówi, bo inaczej pewnie woli milczeć. Nie ma wątpliwości co do jego uścisku dłoni. Nie ma czasu na bycie roztargnionym, nieuważnym. Jest po prostu intensywny.

Jest w na przodzie linii frontu, tam gdzie w tych latach kłębią się polskie myśli. Ze studentami, muzykami jazzowymi, filmowcami. Cieszy się taką samą popularnością jak młody aktor Cybulski (Popiół i diament), który swoją trzepoczącą, nerwową, ale silnie aktywną wrażliwością postrzegany jest jako symbol poczucia wolności. Tyrmand, pisarz w średnim wieku, ze swoją niesłabnącą stanowczością, stanowi kolejne centrum w kręgach młodych intelektualistów.

Gdziekolwiek się pojawi, jest darzony szacunkiem. Być może głównie dlatego, że państwowe autorytety kultury umieściły go w swojej czarnej księdze. W Polsce nazwa się to, że zabrano mu paszport. Oficjalnie nie ma na to żadnego powodu. W Polsce rzadko kiedy istnieje oficjalny powód konfiskaty paszportu obywatela. Nawiasem mówiąc, nie każdy posiada paszport. Jest to na przykład coś, na co trzeba zasłużyć, będąc grzecznym – a zwłaszcza jeśli trzeba reprezentować Polskę na neutralnym polu. Ale na pewno nie jest to coś, do czego masz po prostu prawo. Gdy wydany paszport zostanie komuś zabrany – oznacza to, że być może będzie musiał następnym razem pomyśleć dwa razy zanim coś zrobi. Nieoficjalny powód jest znany każdemu polskiemu studentowi. Sukces Tyrmanda jest niepożądany. Jego książki poruszają emocje, które są tak niebezpieczne jak ogień.

Najbardziej znane dzieło Tyrmanda, wielka powieść Zły (1955) została z sukcesem wydana w większości krajów Europy Zachodniej (w Danii pod tytułem Zły. Den onde mand). Została przyjęta z burzliwym entuzjazmem przez polską młodzież i sprzedała się w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Wciąż jest na nią duży popyt, kupić ją można prywatnie, na czarnym rynku, za wielokrotną cenę. Dowiedziałem się o tym, będąc ostatni raz w Warszawie. Ale nie jest wznawiania, bo rząd uważa, że już wystarczy. Nie udziela się zgody na druk nowych wydań.

„Zły nie jest oparty na rzeczywistości” – powiedział mi autor. „Powstał z inspiracji przypominającej sen. Jest to ballada uliczna, napisana w większości warszawskim slangiem i to zapewne jest główną przyczyną jej popularności…”

„Zły” opowiada o życiu podziemnym Warszawy, jest to historia niezwykle dramatyczna. Ale przede wszystkim chodzi o starą Warszawę, piękno i pasję miasta, które zostało zmiażdżone. Opowiada o złu i zbrodni, ale w każdym pełnokrwistym warszawiaku przywołuje dobro. Chce pamiętać swoje miasto takim, jakie było.

W 1957 roku Tyrmand napisał nową książkę, „Siedem dalekich rejsów”. Składa się ona z siedmiu części i w tym kontekście warto może wspomnieć, że w tym samym roku Andrzej Munk nakręcił swój słynny film epizodyczny „Eroica” rozliczający polskich bohaterów.

Akcja wszystkich części „Siedem dalekich rejsów” rozgrywa się w roku 1949, „roku zamkniętych drzwi”, jak on sam to nazywa. W 1949 roku wprowadzono pierwszy plan sześcioletni, a na ludzi założono pęta, ograniczono im możliwość ruchu. Nikomu nie wolno było podróżować, nikomu nie wolno było nic robić. Mężczyzna chcący uciec z Polski zakochuje się w dziewczynie w bałtyckim miasteczku portowym, gdzie dochodzi do dramatycznych wydarzeń. Jednym z głównych bohaterów książki jest duński kapitan Bent Hauge.

Ta książka sprawiła, że Tyrmand wpadł jeszcze w większe tarapaty niż po „Złym”. Po sukcesie „Złego”, „Siedem dalekich rejsów” spotkało się w Polsce z ogromnym zainteresowaniem, a wydawnictwo kupiło książkę jeszcze przed jej ukończeniem. Po wydrukowaniu książka była już gotowa sprzedaży, gdy rząd zdecydował się ją skonfiskować. Oficjalnym powodem były oskarżenia o pornografię. Nieoficjalny powód stał się ponownie tematem rozmów studentów.

Zanim jednak odebrano paszport Tyrmandowi, wybrał się on do Anglii, a rękopis książki znajdował się w walizce. Nie było mu też trudno ją sprzedać, i w zeszłym roku w Londynie ukazała się ona pod tytułem „The Seven Long Voyages”. Polski rząd nie był oczywiście zachwycony tą wiadomością i po powrocie do Polski Tyrmand musiał się tłumaczyć w Ministerstwie Kultury. Przystał jednak na propozycję ministerstwa dotyczącą skreślenia niektórych fragmentów tekstu, w wyniku czego zapis został zniesiony.

Książka nie ukazała się jednak w Polsce. Zwolennicy oficjalnej kultury twierdzą, że żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane jej publikacją, bo jest ona niemoralna, ale niewiele osób wierzy w tę argumentację. Wydawnictwa nie mają odwagi przeciwstawić się dość nieskrywanej opinii rządu na temat tego dzieła.

Co na to całe zamieszanie mówi Związek Literatów Polskich? Powszechnie wiadomo, że Związek Literatów Polskich jest najbardziej wolnym i najbardziej niezależnym w całym bloku wschodnim. Do dziś pamiętamy jego ostrą reakcję na potępienie laureata Nagrody Nobla Pasternaka przez ich sowieckich kolegów.

„Nic nie możemy zrobić”. – powiedział mi pewien znany polski pisarz. „Nie ma powodu, aby nam wszystkim skonfiskowano książki. Ale Tyrmand nie jest odosobniony. Jest wielu niezależnych autorów, którzy nie mają możliwości publikowania swoich książek…”.

Sam Tyrmand mówi: „Jednak w Polsce panuje zupełnie inny klimat niż w pozostałych państwach bloku wschodniego. Mamy o wiele większą wolność w porównaniu do naszych kolegów na przykład w Czechosłowacji. Każdy może, tak jak my obecnie, posiedzieć sobie swobodnie w publicznej kawiarni i porozmawiać o polityce. Jesteśmy w pełni świadomi, że mamy przewagę – i tym bardziej niż inni musimy być ostrożni, aby ją utrzymać. Wiatr nie powinien stać się zimniejszy …”.

A czy filmowcy mają nieskrępowane ręce?
„Pisarze i filmowcy mają mniej wolności niż kompozytorzy i malarze. Tak to można sformułować. I to jest łatwo zrozumieć. Efekt propagandowy jest bardziej bezpośredni w filmach i książkach niż w sali koncertowej i na płótnie”.

Ale mówi się, że polski przełom w październiku 1956 r. zaczął się od wystawy malarzy abstrakcjonistów?
„Tak, i dało to impuls rządowi do uświadomienia sobie, że należy spełnić żądania wolności w sztuce. Przynajmniej w pewnym stopniu.”.

Siedzimy w kawiarni w centrum Warszawy i długo rozmawiamy przy kilku filiżankach mocnej kawy z ciastem. Na ścianach są piękne kafelki a przy małych stolikach siedzi się wygodnie. Leopold Tyrmand odebrał mnie z hotelu i przywiózł tutaj swoim Fiatem 600. Miał do dyspozycji kilka godzin, powiedział, a ponieważ ma pewne powiązania z Danią…

Ta ostatnia uwaga bardzo mnie zaciekawiła.
„Często piję tu kawę” – mówi do mnie nagle po norwesku! „Tak, mówię trochę po norwesku oraz czytam teksty po duńsku…”. Potem kontynuował po angielsku: „Tak, mam dobrą pamięć. Mój duński agent przesłał mi recenzje Złego i dobrze pamiętam recenzję z Twojej gazety. Tak, tak… Możesz pozdrowić recenzenta i powiedzieć, że zrozumiałem sens tego, co napisał, ale on prawdopodobnie mniej zrozumiał sens mojej książki… ”.

A potem przyszło wyjaśnienie jego znajomości języka norweskiego i duńskiego: jako marynarz przymusowy na niemieckim statku Tyrmand przybył do Norwegii na rok przed zakończeniem wojny. Zbiegł i natychmiast nawiązał kontakt z nielegalną grupą oporu i z Czerwonym Krzyżem. Po zakończeniu wojny kontynuował pracę w Czerwonym Krzyżu w Oslo. Później udał się do Kopenhagi i przez sześć miesięcy pracował jako radca prasowy polskiej ambasady. To było w 1945 r.

„Mieliśmy biuro w Hotelu d’Angleterre”. Kopenhaga to wspaniałe miasto. Mam duńskich przyjaciół, z którymi do dziś koresponduję. Wtedy właśnie dużo mówiło się o możliwościach współpracy międzynarodowej. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że sprawy rozwiną się rozsądnie”.

„Dziś tylko u młodzieży znajduję potwierdzenie, że zdrowa tkanka ludzkości nadal jest silna. Dzięki mojej pracy z jazzem w latach, kiedy był zakazany, nawiązałem bliski kontakt z polską młodzieżą, która ma odwagę i optymizm, i z dumą mogę powiedzieć, że cieszę się uznaniem wśród młodzieży. Młodzież nie zna granic i żadnych kompromisów, i zapewniam Ciebie, że młodzież to jeden naród – myśli i czuje tak samo po obu stronach żelaznej kurtyny…”.

Jørgen Leth, Gazeta „Aktuelt”, 4.11.1960
Tłumaczenie Roman Śmigielski

[fragment książki Jørgena Letha „Kunsten at gå på gaden. Tekster fra tresserne” (Sztuka chodzenia po ulicy. Teksty z lat sześćdziesiątych),
Wydawnictwo Gyldendal, 2012 r.]

IP 124-125  2024

Jørgen Leth (ur. 14 czerwca 1937 w Århus) – duński reżyser filmów dokumentalnych, pisarz, poeta, dziennikarz, komentator wyścigów kolarskich. Ikona eksperymentalnego kina dokumentalnego. Znawca jazzu. Przyjaźnił się z Krzysztofem Komedą Trzcińskim.
Wykładał m.in. w Państwowej Szkole Filmowej w Kopenhadze, na Harvardzie, w UCLA, i Berkeley. W 1995 otrzymał od państwa duńskiego dożywotne stypendium za osiągnięcia w dziedzinie filmu.
Przez pewien czas mieszkał na Haiti, gdzie pełnił funkcję duńskiego konsula.

Udostępnij artykuł:

Facebook
Twitter

Warto przeczytać

GÓRY POLSKIE W DYDAKTYCE POLONIJNEJ – część 2 KOZIOŁEK W GÓRACH

7 października 2023 r. w ramach trwającego projektu Góry polskie w dydaktyce polonijnej Towarzystwo Krzewienia Oświaty i Kultury Polskiej im. A. Sokólskiego w Danii zorganizowało spotkanie autorskie z pisarką Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książek związanych z tematyką górską i ratownictwem oraz warsztaty komiksowe oparte na „Przygodach Koziołka Matołka” Kornela Makuszyńskiego.

„Saul” – oratorium Händla na kopenhaskiej scenie

Raz w roku kopenhaska Opera pozwala publiczności delektować się prawdziwym przysmakiem: barokową operą z udziałem wspaniałego zespołu Concerto Copenhagen. Tym razem był to niecodzienny spektakl, „kupiony” (łącznie z wykonawcą tytułowej roli i wszystkimi rekwizytami), od festiwalu w Glyndebourne, który miał premierę w roku 2015 i od tego czasu gościł na wielu scenach.